Redakcja: Scream Maker, to ostre hevy metalowe brzmienie. Graliście z takimi tuzami jak min. Motorhead, Saxon, Black Label Society i wiele innych. Jak to się robi?

SCREAM MAKER: Bismarck mawiał, że im ludzie mniej wiedzą o robieniu kiełbasy i polityki, tym lepiej. Podobnie jest z organizowanie koncertów i supportowaniem gwiazd. Dlatego nie mów tego nikomu (śmiech), ale – jak to powiedział pewien polski muzyk – trafiło się ślepej kurze ziarno. Powaga. Mieliśmy po prostu sporo szczęścia, ktoś gdzieś musiał nas lubić no i też management tych zespołów musiał zatwierdzić „kandydaturę”. Za każdym razem – zwłaszcza w przypadku koncertów z Motorhead i Judas Priest – było to dla nas wielkie przeżycie. Wiem, jak niektórzy patrzą na nieznane kapele supportujące legendy – sądzą nie bez racji, że chcą się one ogrzać w blasku nieswojej sławy. Oczywiście takie koncerty pomagają w przedstawieniu swojego zespołu właściwej grupie odbiorców, szerszej niż w przypadku grania małych tras na własną rękę. Ja mam świadomość naszego miejsca w szeregu i możliwość grania z legendami traktuję po prostu jak przyjemność i coś, co będę mógł jak Bóg da wspominać wnukom w fotelu bujanym, okryty pledem w wieku 80 lat. Jest jeszcze jedna rzecz: od wielkich gwiazd można się wiele nauczyć, gdy ma się szansę zobaczyć ich pracę od kuchni. To jest bezcenne.

 
Redakcja: Czy uważacie, że heavy metal to muzyka dla mas?

SCREAM MAKER: To zależy, o jakim heavy metalu mówimy. W najszerszym znaczeniu, oczywiście, jest to muzyka dla mas. Świadczą o tym kariery takich zespołów, jak Metallica, czy Iron Maiden. One dotąd są masowo słuchane i oglądane. Problem zaczyna się, gdy mówimy o młodych kapelach. Chyba jeszcze nie pojawiła się taka, która choćby zbliżyła się do poziomu rozpoznawalności tych dwóch wymienionych. Sądzę, że to wynika ze zmiany sposobu odbioru muzyki, pojawienia się nowych technologii, które oferują ludziom rozrywkę bez wychodzenia z domu i ze zwiększonej „podaży” zespołów. W polskich warunkach muzyką masową jest disco-polo, heavy metal to nisza. Niemniej, z ciekawością obserwuję rozwój bardziej ekstremalnych i eksperymentalnych gatunków metalu. One w Polsce są w stanie zebrać sporą publikę. Ciekawie odczytują „polską duszę” i z całą pewnością należy się cieszyć, że im się udaje.

 
Redakcja: Co sądzicie o polskim rynku muzycznym? Niektórzy twierdzą, że tutaj ciężko jest zaistnieć, że polska scena dla debiutantów jest hermetycznie zamknięta, że albo trzeba być niezwykle uzdolnionym albo mieć „plecy” w postaci dużych wytwórni muzycznych.

SCREAM MAKER: Myślę, że „zaistnieć” zawsze było trudno. Jeśli chodzi o heavy metal, to – jak powiedziałem wcześniej – w Polsce to nisza. Czy wytwórnie pomagają w rozwoju młodym zespołom? Nie słyszałem o przypadku, w którym zespół metalowy będąc dopiero u początku swojej kariery, otrzymałby znaczące wsparcie od wytwórni. Wytwórnie nie uprawiają już headhuntingu na zasadzie: zespół X ma muzyczny potencjał, choć nie ma jeszcze fanów i wyglądu, zainwestujmy w nich! Obecnie wytwórnie przejmują zespoły, które już mają fanów, oferując im niewiele więcej poza wydawniczą logistyką. Bądźmy jednak szczerzy, jeśli kapela ma fanów, ma też pieniądze, może zatrudnić menedżera, który wyręczy wytwórnie i oszczędzi zespołowi konieczności podpisywania grabieżczego kontraktu. My nigdy nie mieliśmy wsparcia od wytwórni, mimo że współpracowaliśmy z kilkoma. Od początku istnienia zespołu inwestowaliśmy i „ogarnialiśmy” kapelę sami. Mieliśmy w ciągu tych kilku lat 3 menedżerów, byli to jednak nasi znajomi (a właściwie znajome), które w tej branży dopiero zaczynały. I coś tam zdziałaliśmy, prawda? Nie uważam więc, że żyjemy w złych czasach dla muzyki. Istnieje np. crowdfunding, który pozwala finansować ciekawe projekty z pomocą fanów. My skorzystaliśmy z tej opcji raz, finansując połowę kosztów nagrania ostatniej płyty „Back Against The World.” Dzięki temu zdobyliśmy kilkuset nowych fanów.

 
Redakcja: Rok 2014. Pierwsza trasa koncertowa w Państwie Środka. Jako pierwszy polski zespół przeszliście do historii polskiej fonografii, bowiem jesteście pierwszym polskim zespołem, którego płytę wydała chińska wytwórnia płytowa. Co możecie powiedzieć na ten temat? Jak do tego doszło?

SCREAM MAKER: Znów czas na przypowieść o ślepej kurze… Skontaktowało się z nami dwóch chińskich fascynatów metalu, którzy znaleźli nasze nagrania w sieci. Zaproponowali wydanie płyty w Chinach pod warunkiem, że przyjedziemy tam, aby zagrać trasę ją promującą. Głupio byłoby nie skorzystać…

 
Redakcja: Na początku 2015r ponownie wyjechaliście do Chin, by dać tam serie koncertów. Ubiegły rok to także Chiny. Zasmakował Wam tamten klimat muzyczny?

SCREAM MAKER: Trasy w Chinach są specyficzne. Publiczność dopiero poznaje tam metal, nie ma mocno ukształtowanych subkultur. Dziewczyna, która dzisiaj słucha Justina Beibera jutro może przerzucić się na Iron Maiden. To tworzy pewną niszę dla kapel z zagranicy, bo stanowią dla Chińczyków ciekawostkę. Oprócz nas do Chin jeździł także Mr. Pollack, czy Wolf Spider, a wiem, że w tym roku co najmniej dwie kolejne kapele mają ochotę spróbować. Życzę im powodzenia! Im więcej naszych kapel uderzy za granicę, tym lepiej. Widzimy przykłady polskich sukcesów także na innych geograficznych frontach. Są polskie kapele metalowe robiące karierę w Ameryce Południowej, w Niemczech… Da się? Da. Trzeba tylko mieć odrobinę samozaparcia, dyscypliny i wierzyć, że muzyka, którą się tworzy może mieć wartość dla innych.

 
Redakcja: Czym różnią się koncerty w Polsce od tych w Chinach?

SCREAM MAKER: Entuzjazmem. Polacy bardzo intelektualnie podchodzą do muzyki. Można porównać ich do bibliofilii, którzy przeczytali masę książek i wrażenia nie robi już na nich byle jaki kryminał. W Chinach ludzie dopiero zaczynają „czytać” metal, są bardziej chłonni, stawiają na zabawę, bo na fazę „krytycznej oceny” jeszcze za wcześnie. To szansa dla kapel takich, jak nasza, ponieważ w Europie jesteśmy tylko jednym z wielu zespołów heavy, a w Chinach takich zespołów praktycznie nie ma. Oni sami lubią i grają to, co u nas było popularne w latach 90, czyli numetal, a także ekstremalne odmiany metalu. Nasz ostatni promotor to np. jedna z legend chińskiej sceny death metalowej… Zabij, ale nie pamiętam chińskiej nazwy jego kapeli.

 
Redakcja: Pieniądze są dla Was ważne?

SCREAM MAKER: A dla Ciebie? (śmiech) Wiadomo, ze pieniądze są ważne. Każdy z nas ma pracę, żeby je zarabiać, a potem wydawać na kapelę… Nawiasem mówiąc, gdzieś przeczytałem ostatnio w sieci jakobyśmy byli „korpoludkami” realizującymi swoje muzyczna marzenia „po godzinach”. Rozbawiło mnie to mocno. Jesteśmy – za wyjątkiem Jasia, basisty, który jest naukowcem zajmującym się falami dźwiękowymi – freelancerami, a Scream Maker powstał, gdy byłem jeszcze studentem. Bycie freelancerem oznacza, że zaangażowanie w zespół przekłada się na realnie niższe zarobki, ponieważ musi odbywać się kosztem realizowania kolejnych „zleceń”… Tak więc, pieniądze są ważne, ale nie jesteśmy do nich jakoś materialistycznie przywiązani.

Redakcja: W swoim dorobku macie wiele fantastycznych utworów. Który z nich lubicie i cenicie najbardziej?

SCREAM MAKER: Głupio tak wyróżniać jedno ze swoich dzieci… Polecam przesłuchać naszą dyskografię i samemu zadecydować. Miewaliśmy różne fazy – od glamowej, po powermetalową, w końcu ustabilizowaliśmy się w okolicach klasycznego heavy i wszystkie dzieci z tego związków wydają się nam piękne.

Redakcja: Dzięki za wywiad. Powodzenia.

SCREAM MAKER: Dziękuję również. Stay heavy! No i wpadajcie na nasze koncerty. Właśnie gramy trasę w marcu, a w maju gramy memoriał dla Ronniego Jamesa Dio.