Redakcja: Jak powstał zespól „Boys”? Czy od początku nosił taką nazwę?

Marcin Miller: W 1989 r. skończyłem szkołę średnią i po upadku muru berlińskiego znalazłem się w nowej sytuacji politycznej i gospodarczej. Okazało się, że nigdzie nie mogę znaleźć pracy. W 1990 r razem z czterema kolegami z Prostek założyliśmy zespół. Zaczęliśmy grać na weselach, dożynkach, zabawach z powodzeniem. I tak już 26 lat.

 

Redakcja: Czy miał Pan plan B na życie, w razie gdyby ten muzyczny „nie wypalił”?

Marcin Miller: Pracowałem jako referent w Urzędzie Miasta w Ełku i gdybym nie postawił wszystkiego na jedną kartę pracowałbym chyba tam do dziś.

 

Redakcja: Czy pamięta Pan pierwszy występ zespołu „Boys”?

Marcin Miller: Myślę, że było to w naszej rodzinnej miejscowości Prostki i był to Gminny Ośrodek Kultury. Razem z moimi rodzicami było może z 20 osób na tej zabawie ale wcale się tym nie przejmowałem. Dla mnie to i tak był szczególny dzień.

 

Redakcja: Z kolegami z zespołu spędza Pan wiele czasu zawodowo. A czy prywatnie się spotykacie? Macie wspólne zainteresowania? Może zdarzają się jakieś kłótnie?

Marcin Miller: To już nie są koledzy. To rodzina. Spędzam z nimi tyle samo czasu, co ze swoją rodziną zatem kłótnie są na porządku dziennym, ale po jakimś czasie wszystko wraca do normy no chyba, że trafi się jakiś uparty …

Dzieli nas różnica wieku więc i zainteresowania są różne.

 

Redakcja: W 2015 roku zespół obchodził 25-lecie. Cały czas koncertujecie, nagrywacie płyty, teledyski… Jaka jest recepta na taki sukces?

Marcin Miller: Tego nie wiem i nie będę zmyślał. W tym co robimy jest na pewno szczerość i dbałość o szczegóły. Od samego początku robimy to z miłości do muzyki a nie do pieniędzy. Ludzie potrafią to dostrzec i docenić chociaż teraz gdy jesteśmy już znani i lubiani i pojawiły się pieniądze mamy sporo przeciwników i krytyków, którzy hejtują nas z zazdrości.

 

Redakcja: 25 lat na scenie, ale też 25 lat w małżeństwie. Jakie cechy musi mieć kobieta, która jest w stanie wytrzymać tyle lat z muzykiem? To musi być wyjątkowa osoba.

Marcin Miller: Tak. To wyjątkowa osoba. Ona była, jest i będzie aniołem a ja jestem diabłem wcielonym zatem jest zachowana równowaga w naszym świecie. Ania nie lubi mówić o sobie i nie chce uczestniczyć w tym całym szaleństwie zatem proszę nas zrozumieć. Ania nie chce pokazywać się ze mną na różnych eventach bo to nie jej świat a ja to szanuję i nawet cieszę się, że jest jedyną w swoim rodzaju.

 

Redakcja: Od lat wielkim hitem zespołu jest „Szalona”. Jaka jest historia tej piosenki? Czy nadal wykonuje ją Pan na koncertach?

Marcin Miller: Bez Szalonej nie mamy po co wychodzić na scenę. To HIT WSZECH CZASÓW i MEGA HIT zespołu BOYS. Piosenka powstała chyba 1992 r. i jest to dzieło Janusza Konopli z zespołu MIRAGE. W 1997 r. za pozwoleniem właściciela licencji do tej piosenki czyli wytwórni fonograficznej GREEN STAR z Białegostoku odświeżyłem ten utwór. Jak widać z powodzeniem. Trzeba było tylko znaleźć patent na nowe brzmienie i zmienić trochę tekst i sukces murowany.

 

Redakcja: „Szalona” doczekała się wersji w wielu językach.  A co sądzi Pan o wykonaniu jej przez Radzimira Dębskiego?

Marcin Miller: Zadzwoniła do mnie mama Jimka, Anna Jurksztowicz a ja myślałem, że to jakiś żart ponieważ w domu mam płytę winylową pani Ani i bardzo lubię utwór z tej płyty „Stan pogody” stąd nie wierzyłem, że rozmawiam z Anną Jurksztowicz. Oczywiście od razu zgodziłem się, aby Jimek wykonał Szaloną w swojej aranżacji. Wyszło MEGA. Zresztą w każdym wywiadzie Jimek mówił, że to świetny utwór. Że w tej prostocie jest siła. Dzięki mu za to.

 

Redakcja: Muzyka disco polo wzbudza skrajne emocje – od pogardy po zachwyt. Wiele osób ją wyśmiewa, a jednocześnie często świetnie się przy niej bawi. Wydaje się, że obecnie muzyka ta przechodzi kolejny etap rozkwitu. Skąd to się bierze? Czy Pana zespół odczuwał wzloty i upadki tego gatunku?

Marcin Miller: Jak najbardziej. W swojej karierze to chyba trzeci taki wzlot zatem jestem już do tego przyzwyczajony. Ogólnie rzecz biorąc zespół BOYS to nieprzerwane pasmo sukcesów zatem pozostaje mi jedynie podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do naszej kariery.

 

Redakcja: Co skłoniło Pana do udziału w „Tańcu z gwiazdami”? Czy tańczył już Pan kiedyś? Siódme miejsce to sukces czy porażka?

Marcin Miller: Sukcesem jest to, że w ogóle otrzymałem taką propozycję a to, że dotrwałem do 7. odcinka to już hardcore. Jest to kolejny etap w mojej karierze i to zaliczony. Jesteśmy osobami publicznymi zatem musimy brać udział w takich projektach mimo tych wszystkich hejtów. Taki life.

 

Redakcja: Czy oprócz muzyki ma Pan inne pasje?

Marcin Miller: Interesuje mnie historia II Wojny Światowej i PRL-u. Trzeba pamiętać, że jestem pokoleniem, którego dzieciństwo przypadało na okres komuny zatem cała historia wyglądała inaczej. Teraz dopiero mogę naprawdę dowiedzieć się co tak naprawdę działo się po II Wojnie Światowej.

 

Redakcja: A jakiej muzyki słucha Pan „po godzinach”?

Marcin Miller: ITALO DISCO, muzyka lat 80-tych i muzyka z Rosji.

 

Redakcja: Czy zastanawiał się Pan nad wystąpieniem w duecie z innym wokalistą (a może wokalistką) disco polo? Jeśli tak, to z kim?

Marcin Miller: Zastanawiam się jaką znaleźć wymówkę aby już nie nagrywać tych duetów – tyle tego mam na swoim koncie.

 

Redakcja: Koncertując i podróżując, ma Pan też okazję smakować różnych potraw. Czy jakaś szczególnie utkwiła w Pana pamięci?

Marcin Miller: Hm…na pewno najlepsze steki w USA. Nie dość, że wielkie to jeszcze smaczne. Już mi ślinka cieknie.

 

Redakcja: Jaką kuchnię Pan preferuje?

Marcin Miller: Nie ukrywam, że moja żona jest świetną kucharką i gotuje z charakterem. Lubię lekko pikantne ale tylko w domu bo zaraz ze mnie leci. Jeżeli jestem poza domem to na pewno kuchnia orientalna: sushi, chińszczyzna.

 

Redakcja: Czy jest danie, którego nigdy by Pan nie posmakował?

Marcin Miller: W restauracji nigdy nie zamówię potrawy po tajsku bo musiałbym wtedy zamówić cysternę z zimnym napojem i klimatyzację nad moją głową.

 

Redakcja: Życie muzyką nie sprzyja zdrowemu odżywianiu, ale Pana sylwetka temu przeczy. Czy stosuje Pan dietę czy to efekt treningów?

Marcin Miller: Hm…dziękuję ale daleko mi do świetnej sylwetki. Jedni mówią, że jestem szczupły inni, żebym wciągnął brzuszek bo mi się przytyło zatem z tym jest różnie. Na pewno nie ulegam obecnej psychozie i modzie diet i morderczych treningów ale staram się trenować nawet w domu chociaż te 10 min dziennie. Dobrze to wpływa na sylwetkę i kondycję psychiczną.

 

Redakcja: Jakie plany ma zespół „Boys” na 2017 rok?

Marcin Miller: 2016 upłynął nam pod znakiem ciągłych wyjazdów. Niestety manager poinformował nas, że 2017 będzie jeszcze bardziej pracowity. No cóż. Trzeba nabrać sił i dalej z tym koksem.

 

Redakcja: Dziękuję za rozmowę